Stephen King i "Ostatni bastion Barta Dawesa" | Recenzja


Znacie te uczucie, gdy wasze życie jest nudne, bez sensu a na dodatek nic nigdy wam nie wychodzi? Bart znał. Nie tylko znał, ale i godził się z takim życiem. Godził, dopóki ktoś nie zechciał mu go odebrać...

Bartowi Dawesowi nic się w życiu nie udaje. Nietrafione decyzje. Fatalne relacje z żoną. Śmierć dziecka. Mało ciekawa praca... Trudno go uznać za szczęściarza, mimo to godzi się ze swoim losem.
Do czasu, aż zagrozi mu utrata domu. Domu pełnego wspomnieć związanych ze zmarłym synem, z utraconą bliskością z żoną, kojarzącego się z zanikającym dawnym światem, w którym obowiązywały jakieś zasady.
Zdesperowany kupuje broń i postanawia walczyć o swoje.

Szczerze? Nawet nie wiem, od czego zacząć. Pamiętacie moją recenzję Wizerunku zła? Tam nie podobało mi się zakończenie, które według mnie, było fatalne. Tu natomiast spodobało mi się tylko i wyłącznie zakończenie. Cała reszta książki mnie wręcz męczyła. Sam styl pisania nie był zły, co to to nie. Akcja nie rozwijała się może za szybko, ale też i nie była zbyt wolna, więc na to nie mogę narzekać. Natomiast znudziła mnie sama fabuła. Facet - nieudacznik, któremu nie układa się z żoną, zmarłe dziecko, nudna praca. Brak jakiejkolwiek chęci do życia. A dla mnie, chęci do czytania. Po prostu, jak z jakiejś taniej telenoweli. Jedynym punktem zwrotnym była budowa autostrady, która miała przebiegać nie tyle przez dom Barta, do którego był niezwykle przywiązany, ale także przez pralnię, w której pracował. To go zmobilizowało do działania, choć nie takiego, jakby się można było spodziewać. 

Mimo to, najbardziej dołującym elementem powieści był właśnie sam bohater. Był na tyle nudny i przewidywalny, że książka nie sprawiła mi za wiele przyjemności. Miałam ochotę ją jak najszybciej skończyć. W grę nawet nie wchodziło odłożenie książki na półkę, bo w końcu to mój ukochany autor, przecież on nigdy mnie nie zawiódł. Na szczęście, tym razem również się postarał, co prawda dopiero na koniec, ale zawsze to coś! ;) 

Zakończenie było interesujące. Naprawdę! Materiały wybuchowe, strzelanina. To coś, co naprawdę mi się spodobało. Bart bronił swojego domu do ostatniej chwili. Nawet przez chwilę nie przeszło mu na myśl, aby się poddać. Po tym, co przeszedł, nie mógł by tak po prostu opuścić budynku, o który tak zawzięcie walczył. 

Książka, mimo że akurat mnie nie wciągnęła, jest nawet godna uwagi. Fajerwerków nie ma, aczkolwiek nada się dla każdego czytelnika. Mogę ją polecić szczególnie tym, którzy nie są specjalnymi fanami horrorów, czy thrillerów. Powieść jest dobra na długie, chłodniejsze wieczory. ;)

Popularne posty z tego bloga

Stephen King i "Worek kości' | Recenzja