Książę Lasu - Rozdział 1 - Północ





Północ


Dochodziła północ, gdy zachciało mu się sikać. Niewiele myśląc, odłączył się od grupy i udał się do pobliskiego lasu. Z butelką piwa w ręce szedł ścieżką bujając się na wszystkie strony. Do lasu miał jeszcze paręnaście metrów a już o mało nie rozbił butelki uderzając nią o wystającą gałąź ogromnego drzewa. Sądząc po koordynacji Marcel właśnie przegrywał walkę z pół litrem wlanej w siebie wódki popijanej piwem. Nigdy nie miał mocnej głowy, ale bardzo chciał zaimponować nowym kumplom, nie zdając sobie sprawy, że dla nich i tak był nic nie wart. Nie pili z nim dla przyjemności, nawet go nie lubili. Mieli zgoła inny plan. Był im potrzebny tylko na chwilę. Miał wykonać tylko jedno zadanie, a później musieliby go uciszyć.


Marcel był miłym chłopakiem tylko trafiał na nieodpowiednich ludzi, którzy wiedzieli jak wykorzystać jego naiwność. Wiele razy mogło się to skończyć poprawczakiem, jednak za każdym razem udało mu się wywinąć. Po mimo tylu niepowodzeń starał się być lepszy. Zaczął nawet trenować piłkę nożną, lecz po pierwszych drwinach z niego, zrezygnował. Może i był silny, co prawda nie aż tak, by wygrać wszystkie bójki, ale psychicznie był naprawdę słaby. Mógł znieść nawet spory ból jednak podłe słowa raniły go okropnie.

Chłopak zapinał właśnie rozporek, gdy do jego uszu dotarł miły szept. Z początku pomyślał, że to jeden z jego nowych kumpli próbuje go wystraszyć. Gdy się odwrócił, nikogo w pobliżu nie zauważył. Słyszał tylko ten głos. Nie wiedział nawet, z której strony dociera.  Przez uderzający do głowy alkohol chłopak nawet nie starał się myśleć logicznie, a szept stawał się coraz milszy i bardziej zachęcający. Postanowił wybrać się na wycieczkę po lesie. Może ktoś potrzebuje pomocy, pomyślał, albo jakaś panna się zgubiła. Jak pomyślał, tak zrobił. Przemierzając ponure zakamarki lasu czuł się dosyć swobodnie. Nie myślał o tym, czy mogło tam coś na niego polować. Marcel nigdy nie był zbyt mądry, a potęgująca się w ciele adrenalina tylko go uświadczyła w tym, że to jest dobry pomysł.

Las był ogromy, mroczny i przede wszystkim stary. Obłamane gałęzie, martwe drzewa i pohukiwanie sów. To wszystko dodawało mu tylko uroku. Gdzieniegdzie pojawiały się wielkie mrowiska, a nad nimi zdobiące je pajęczyny. Tuż za nimi roztaczały się krzewy, na których pozostało zaledwie kilka listków. Trawa stawała się coraz bardziej mokra i to na pewno nie za sprawą rosy. W powietrzu unosił się okropny, stęchły zapach, a raczej odór. Im dalej w głąb lasu szedł, tym smród stawał się coraz bardziej nie do wytrzymania. Kurwa, jak wali, chyba musi być tu gdzieś bagno, pomyślał i znowu usłyszał ten głos, tym razem głośniej. Był coraz bliżej. Nawet pohukiwanie sów było głośniejsze. Tak jakby były tuż obok niego. Na jeszcze nie do końca uschniętych gałęziach ujrzał mnóstwo ptaków. Czarnych jak noc. Były wszędzie. Na każdym drzewie. Patrzyły właśnie na niego. Tysiące oczu skierowanych prosto na niego. Tysiące martwych oczu. Nagle zza jego pleców usłyszał przeraźliwy huk. Tym razem naprawdę bał się. Cały alkohol jakby nagle wyparował z jego ciała, z jego krwi. Poczuł jak coś ciepłego spływa mu po nodze. Dobrze wiedział, co to było. Mimo, iż myślał, że pęcherz ma pusty i tak odmówił mu posłuszeństwa. Żołądek podszedł mu do gardła, wiedział, że zaraz zwymiotuje cały ten alkohol, który dzisiaj wypił. Już nie był taki odważny. Już nie był pijany. Był panicznie przestraszony w dodatku z mokrymi spodniami. Nie odwrócił się. Nie zdążył. Poczuł tępy ból, ktoś go uderzył w głowę. Opadając na ziemie i tracąc przytomność zdążył usłyszeć tylko dwa słowa. Dwa zwykłe, lecz przerażające słowa.
- Jesteś mój! – wyszeptał mu do ucha i uderzył go ponownie, tym razem w brzuch. Wskazówka na zegarku właśnie wskazała północ.

Popularne posty z tego bloga

Przemysław Piotr Kłosowicz i 'Zdobywcy oddechu' | Recenzja

Lektury, które znienawidziłam

Zapowiedzi recenzji

Zapowiedzi recenzji
'Wołyń. Bez litości.' - Piotr Tymiński